Joga jest…
- o codzienny spotkaniu ze sobą,
- o słuchaniu i doświadczaniu sygnałów z ciała,
- o przeżywaniu emocji (w moim wypadku głównie strachu),
- o wolności i luzie – ale częściej o spięciach i zgodzie na nie,
- o nie przekraczaniu siebie w imię jogowej pozycji, która być może jest spektakularna ale dla mnie aktualnie niebezpieczna.
Joga to nie jest Sri Lanka i instaasana, i fajne leginsy, które dobrze podkreślają krągłości – choć i Sri Lankę, i dobre jogowe fotki, i kolorowe leginsy lubię. To jest stawanie na macie z tłustymi włosami, w smarkach i bez mocy – żeby zrobić tyle ile akurat tego dnia potrafimy (MY: ja i moje ciało).
Rozróżnienie na ja i ciało przychodzi do mnie często. Ci co znają mnie lepiej wiedzą, że mam pluszowe jelito i często wymyślam rozmowy narządów wewnętrznych. Najwięcej oczywiście gada jelito, a potem neurony. I choć wiem, że ten podział jest sztuczny, bo JA w całości składam się z ciała, umysłu i duszy (tak myślę dzisiaj!), to podział na ja i ciało sprawia, że lepiej widzę te spotkania. Łatwiej dostrzegam delikatne zmiany w zakresach ruchu, pracę poszczególnych mięśni czy strach przed mostkiem albo pinchą. A że mam w jogowej drodze dobrą nauczycielkę (Patrycja Gawlińska <3), to mam też czas – nawet podczas zajęć online – na poprzeżywanie sobie swoich momentów. Na radość z zachowanej równowagi, na strach przed wygięciem, na wzruszenie z poczucia dawno nieodczuwanego miejsca w ciele.
Ściskam Was i wasze ciała!
21 czerwca obchodzimy Międzynarodowy Dzień Jogi.
Na zdjęciu ja przed jogowymi warsztatami w schronisku na Przysłopie.
