Jest coś urzekającego dla mnie w sposobie bycia starych, włoskich mężczyzn. Tych, którzy zatrzymują się w otwartych drzwiach baru, w którym przed chwilą wypili filiżankę smolistego espresso, i prowadzą długie i energiczne konwersacje z tymi, co w środku baru, z tymi co na zewnątrz i z tymi, którzy właśnie przechodzą ulicą. Oni zawsze mają czas, żeby pogadać.
Do Neapolu pojechałam przez przypadek. Nie planowałam tego studenckiego wyjazdu. Nie wiedziałam chyba nawet dobrze, gdzie dokładnie leży Napoli. Ale okazało się – jak to zazwyczaj w tych nieplanowanych historiach bywa – że to miejsce wyjątkowo wyraźnie wgryzło się we mnie (a może to ja je wchłonęłam?). A trzeba przyznać, że Napoli swą intensywnością (według mnie oczywiście) może konkurować nawet z Indiami i Wietnamem.
No więc byłam tam! Poranki pachniały świeżym praniem, kawą, lodowatą rybą, która właśnie rozpłaszczała się na plastikowym łożu, czyli sprzedażowym pojemniku przed wejściem do rybnego. Słońce świeciło radośnie ogrzewając betonowe fasady barokowych kościołów, o których istnieniu przypominały zazwyczaj stare, wielkie, zamknięte drewniane drzwi i schody z rzeźbionymi balustradami (w podobnym co fasady budynków rozpadzie). Motorki przeciskały się pomiędzy samochodami pozostawiając za sobą charakterystyczny zapach spalin. Straganiarze zapraszali do zakupu pomarańczy wydzierając się w niebogłosy i z taką samą intensywnością zamawiali kawę na wynos krzycząc po prostu „Gianni” (czytaj: Dżani), a Gianni wiedział dokładnie co, kiedy i komu dostarczyć. A ci, którzy nie krzyczeli – stali w drzwiach baru wymieniając się dzisiejszymi ploteczkami z tymi co w środku, z tymi co na zewnątrz i – oczywiście – z tymi, którzy przechodzili obok.
Po dwunastej miasto zaczynało pachnieć makaronem. Potem robiło się nieznośnie gorąco i wszyscy chowaliśmy się w swoich miejscach.
I znów był wieczór. I znów w powietrzu unosił się zapach kawy, i znów ktoś krzyczał „Gianni”, i znów stary, posiwiały Włoch, który przyszedł do baru na filiżankę caffè zagadywał wszystkich dookoła.
I jakoś Ci Neapolitańczycy weszli mi w krew. Nauczyłam się picia mocnej kawy, zaczepiania ludzi, z którymi dzielę przestrzeń miasta, radosnego życia obok i pomimo doświadczanego czasami rozpadu i chaosu, a ostatnio nawet przeciskania się motorkiem pomiędzy samochodami.
Dziś myślę, że ten studencki wyjazd do Neapolu odbył się w moim najbardziej formatywnym okresie i to dlatego częściowo wchłonęłam tę, tak charakterystyczną dla starego, siwego Włocha, umiejętność przeżywania rzeczywistości – w radościach i w uniesieniach, w niezrozumieniu, w wyrażanej głośno niezgodzie i w bezgranicznym, bezwstydnym śmiechu, w mimice, w gestykulacji, w pełnej ekspresji.
I choć ta moja włoska część jest niezdyscyplinowana i hałaśliwa, szczęśliwie to także ona ciągnie mnie do tego, co dobre – do stworzenia mojej marki szkoleniowej (BENE), do kreatywnych warsztatów ZABAWA to poważna sprawa, do współpracy z Basią z La Tavola (cudownie smacznego miejsca w Katowicach).
Na zdjęciu ja w obiektywnie Natalii Pawłuckiej opowiadam, jak to jest czuć się w środku trochę starym, posiwiałym Włochem.
