W dużym uproszczeniu ODPUSZCZANIE to:
- Zauważenie emocji towarzyszących danej sytuacji.
- Zgoda na te emocje.
- Przeżycie tych emocji (przeżycie, a nie kontra!).
Powiedziałabym nawet, że odpuszczanie to poddanie się (chociaż nie brzmi to jakoś szczególnie seksi!)
Jak to wygląda na falach?
Płyniesz po swoją pierwszą falę, po drugą, trzecią i czwartą – i żadna z nich Cię nie zabiera, przeciwnie – zrzucają cię z deski, wciągają pod powierzchnię i tarmoszą jak pies swój ulubiony szarpak. Dostajesz (falą) w twarz, choć jakoś bardziej pasuje mi: „dostajesz falą po ryju”, bo sytuacja ta do szczególnie subtelnych nie należy! Dostajesz więc w twarz, zmiata Cię z deski albo topi. Frustracja rośnie, moce słabną.
I co robisz?
Idziesz walczyć z oceanem i na zmęczeniu, w złości próbujesz ponownie? Ciskasz się w fale, łapiesz każdą tracąc jednocześnie siłę?
A może wychodzisz z wody i idziesz posiedzieć na brzegu, złapać oddech, popłakać albo poprzeklinać i pogapić się na ocean, by zrozumieć, jak te fale się formują, gdzie się wznoszą, gdzie podnosi albo zamyka je wiatr, jakie popełniasz błędy robiąc pop up, gdzie w tym procesie jest Twoja głowa, noga i ręka?
Trzeba mieć buddyjską mądrość, żeby zrozumieć, że właśnie w odpuszczaniu tkwi moc. Że nazwanie tego stanu: „jest mi trudno“, „nie ogarniam“, „jestem wyczerpan_“ pozwala oswoić sytuację i – jak mówiła kiedyś przy okazji myśli pojawiających się w głowie podczas medytacji moja nauczycielka jogi – puścić ją wolno.
ODPUŚCIĆ to pogodzić się z niemocą, zostawić to, co aktualnie zbyt trudne, co „wali po ryju“. Odpuścić to pozwolić by PŁYNĘŁO, ale bez Ciebie.
Dlatego odpuszczanie jest takie trudne! W trudzie i znoju (i w walce?) łatwiej odczuć satysfakcję. W wycofaniu łatwiej zobaczyć słabość.
Tymczasem, gdy dobrze przyjrzysz się doświadczonym surferom, którzy ustawiają się na line-up’ie w oczekiwaniu na fale, to zobaczysz jak świadomie wybierają swoje fale i jak świadomie rezygnują z nie-swoich-fal, jak czekają na właściwy moment, jak puszczają fale, które „zabrał” już ktoś inny, jak czekają. Zdaje się, że oni mają już tę mądrość.
Dla uczciwości przekazu, musze jeszcze napisać, że pierwsze wyjście z wody jest okropne! Suniesz z deską w stronę lądu, a ego wciąga cię z powrotem za nogę 😉 ALE ulga jaką odczuwasz po tym, jak już usiądziesz sobie na tej plaży, złapiesz oddech, pozłościsz się albo popłaczesz – bezcenna.
Po co nam w życiu (i w pracy) surferska lekcja?
Żeby zobaczyć, że odpuszczenie to nie porażka. Odpuszczanie to mądrość, to umiar, to nie robienie ponad swoje siły, to zostawianie tego, na co nie mamy wpływu, to wycofanie się, aby nabrać mocy, to zrozumienie, że – mówiąc po surfersku – czasem sytuacja ma taki impact, że jej po prostu nie wypadlujemy (a przynajmniej nie teraz, nie dziś!).
Przekaz więc mam taki: Więcej odpuszczania, mniej walki. A może będziemy zdrowsi fizycznie i psychicznie.
Na zdjęciu ja – próbuję się (już po raz kolejny) w surfowaniu. Zdjęcie zrobiła Sandra z Chilli Surf Camps.
